poniedziałek, 22 grudnia 2014

Mongolia i Ałtaj Rosyjski cz. III ostatnia

Kolejnego dnia rozdzielamy się na dobre, prawdopodobnie zobaczymy się dopiero, za kilka dni przed granicą. My wybieramy trudniejszą, tak nam się przynajmniej wydaje, drogę. Wiedząc jak wyglądają główne szlaki chcemy zobaczyć czy da się przejechać tymi, które na mapie są najcieńsze. Jak się później okazuje wielkiej różnicy nie ma, zarówno główne drogi jak i te najmniej uczęszczane to rasowy offroad.








Lekko zmęczeni i ubrudzeni docieramy do niewielkiej wioski. Zachwyca nas tam przejście dla pieszych, boisko do koszykówki i lokalna moda. W jednym z licznych sklepików uzupełniamy zapasy wody, chleba, polskich pasztetów i ruszamy dalej.







Jak zwykle każdy może wybrać sobie swoją własną drogę, każda najmniejsza ścieżka rozdziela się na kilka innych jednak prawie zawsze prowadzą one w to samo miejsce. Tym razem było inaczej, przegapiliśmy moment kiedy należało pojechać odrobinkę w bok. Mimo iż kierunek wydawał się dobry my wybraliśmy jednak tą jedną jedyną złą drogę.








Droga w końcu się skończyła a my staliśmy w przecudnej dolince pomiędzy górami… jedyną opcją, dotarcia do jeziora była przeprawa w dół płynącej nieopodal rzeczki. Po półgodzinie dyskusji porzuciliśmy pomysł jazdy rzeką i uznaliśmy, że tak urocze okoliczności należy wykorzystać i rozbić obóz.






Kolejnego dnia odnajdujemy pomyloną drogę i bezpiecznie docieramy nad jezioro. Gdzieś tam mają być jurty gościnne, w których zaplanowaliśmy 1,5 dniowy odpoczynek.
Przejechaliśmy tego dnia niewiele kilometrów i bardzo cieszymy się na dłuższy czas bez motocykla… przecież jurty nie mogą być daleko od głównej trasy...

Było inaczej - 40km w sypkim piachu skutecznie wydłużyło nam czas spędzony tego dnia na motocyklu. Do jurt dojechaliśmy spoceni, zmęczeni i bardzo głodni. Miejsce okazało się niewielką zatoką otoczoną białymi skałami, drobne kamyczki i turkusowa woda przypominały raczej chorwackie plaże niż mongolskie wyżyny.
Zachęceni czystością wody kąpiemy się w jeziorze uparcie ignorując przypisane do jurt prysznice, w nich i tak podobno nie ma wody. Kolację zjadamy podwójną i wypijamy całe dostępne piwo. Obsługa dziwnie na nas patrzy a my dalej cieszymy się tą odrobiną luksusu :)








Wieczór spędzamy na skałkach a poranek na łowieniu ryb. Chłopaki pożyczają wędkę i dzięki temu mamy, co jeść przez kolejny dzień. Na obiad ryba gotowana a na kolację w galarecie.
Opuszczamy to cudowne miejsce wypoczęci i odprężeni… po kilku kilometrach przekonujemy się jednak, że po kopnym piachu jeździ się znacznie lepiej, kiedy trzyma nas adrenalina.






Kolejne dni to powolna droga w stronę granicy. Po drodze rozbijamy obóz nad niewielkim jeziorkiem a kolejnego dnia drogami tuż przy granicy docieramy do największej na tym wyjeździe przeszkody – rwącej rzeki. Pierwszą udaje nam się pokonać bez przeszkód, po prostu każdy motocykl przepychamy przez rwący nurt. Kolejna, większa, głębsza i szersza rzeka jest ponad nasze siły. Mając z tyłu głowy historie o utopionych motocyklach nie próbujemy nawet przepychać ich samodzielnie. Na ratunek przychodzi nam traktor. Widać, że kierowca nie pierwszy raz to robi. Balansuje traktorem tak by najpierw jechać pod nurt a następnie spłynąć kawałek z nurtem i w ostatniej chwili złapać przyczepność. Dla nas wygląda to tak jakby stracił kontrolę nad swoim ledwo trzymającym się kupy pojazdem – on jednak doskonale wiedział, co robi.










Wszyscy przeprawiamy się bezpiecznie na drugą stronę rzeki, towarzyszy temu świetna zabawa a ktoś nawet wygrzebał kilka piw. 

Jeszcze tego samego dnia docieramy do przygranicznego miasteczka by na drugi dzień rano móc stawić się na granicy. Akurat uzupełniamy zapasy w sklepie, gdy dopada nas młody chłopak proponując nocleg na kwaterach. Nie trzeba było długo nas namawiać, jest chłodno a kilka osób jest też dość konkretnie przemoczonych. Ciepły piec opalany kupą i dach nad głową brzmią zachęcająco. Ruszamy cała kawalkadą by po kilometrze zatrzymać się pod małym białym domkiem, który kompletnie nie przypomina niczego co nazwać by można kwaterą, ale posiada dach, piec i zamykane na kłódkę podwórko gdzie można upchnąć motocykle, jednym słowem spełnia wszystkie nasze wymagania. W bonusie dostajemy ciepłą kolację i mini koncert - rodzina przyjmuje nas jak swoich.








Rano spotykamy się przed granicą i wspólnie ruszamy w jej kierunku. Pogoda zatoczyła koło i Mongolia żegna nas deszczem. Po chwili zaczyna się ulewa i zaczynają się też problemy.
Dwie osoby z naszej grupy mają rosyjskie wizy tylko w jedną stronę. Jak to się stało nikt nie wie, teraz to i tak bez znaczenia. Stoimy na środku pasa ziemi niczyjej i przez moment nie wiemy co robić. Telefon do konsulatu nie rozwiązuje problemu, nie można wjechać i tyle.
Cała scena w strugach deszczu jawi się tragicznie jednak nie czas na załamywanie rąk – należało działać. Ruszyliśmy na granicę by poinformować urzędników o sytuacji, po chwili mamy już samochód, który zawiezie mnie i Kowala po dwa motocykle a pechową dwójkę podrzuci do najbliższej cywilizacji skąd będą mogli udać się do Ułan Bator i tam wykupić lot powrotny. Cała akcja skończyła się powodzeniem a dzięki wizycie Martyny i Mariusza w Ułan Bator my mamy dziś piękny mongolski magnes na lodówce a oni są bogatsi o zwiedzanie stolicy…




Ostatnie dwa dni to znów piękne góry Ałtaju, gościnność księdza Andrzeja i ruchliwe drogi tuż przed Nowosybirskiem. Bezpiecznie docieramy do celu.




Skończyło się nasze pierwsze spotkanie z Mongolią, które mimo wielu przygotowań codziennie przynosiło coś zaskakującego, nowego.  Mongolia jest dla mnie krajem, który uspokaja, relaksuje, chciałoby się go chłonąć więcej i więcej, dlatego też… wracamy tam już za pół roku…


The End

środa, 26 listopada 2014

Mongolia i Ałtaj Rosyjski 2014 cz. II



Rano budzi nas przymrozek, wydaje nam się również, że chyba padał śnieg. Na szczęście niebieskie niebo, słońce na horyzoncie i błyszczące złotem łagodne wzgórza pozwalają zapomnieć o nocnych temperaturach i ruszyć dalej… 


Wkurzamy się jedynie na asfalt. Jak to? Miało nie być asfaltu a my jedziemy po nowiutkim czarnym jak smoła kobiercu rozwiniętym pomiędzy górami. Nie tak się umawialiśmy Mongolio :)
Na szczęście asfalt tak szybko jak się pojawił tak tez znikł a z jego końca wypełzały dziesiątki biegnących w tym samym kierunku dróg…
 




W najbliższym miasteczku Ulgi wymieniamy pieniądze i robimy podstawowe zakupy. Sami jeszcze nie wiemy gdzie dziś będziemy spać i jak długo będziemy jechać. 

Droga okazuje się fantastycznym szutrem poprzecinanym strumykami. Widoki zachwycają, jest ciepło, przyjemnie. Zatrzymujemy się w przypadkowych wioskach a raczej pojedynczych domostwach gdzieś w górach i mimo, że ciężko nam się z tubylcami dogadać bawimy się świetnie.








Pod sam wieczór docieramy do Khovd, plan był prosty – znaleźć tani hotelik, zmyć z siebie trzydniowy kurz i ruszyć na miasto. Guma w jednym z motocykli pokrzyżowała plany. Do pokoi trafiliśmy umordowani i jedyne na co się zdobyliśmy to zejście do hotelowej knajpki. Po chwili, zaskoczeni wpatrywaliśmy się w twarz Mongoła mówiącego płynnie po polsku… ‘dzień dobry, studiowałem w Toruniu’ powiedział i w ten oto sposób mieliśmy zapewnioną rozrywkę na dobre dwie godziny…




Jedziemy dalej. Dziś chcemy dojechać do miejscowości Ałtaj… Plan jest ambitny, ale podbudowani wczorajszym sukcesem ruszamy pełni zapału. Dzielimy się na kilka grup i każda w swoim tempie wbija się w coraz bardziej pustynny teren. Trawę zastępuje piach i szuter a polne wyjeżdżone ślady tarka. Zatrzymują nas kolejne gumy. Jest gorąco, ale przyjemnie, dzień jest długi, więc możemy zatrzymać się w każdym ciekawym miejscu. Największe wrażenie robią na nas Owo – kamienne kopce, miejsce składania ofiar i kultu duchów usypane miejscach i strasznych i pięknych.
Jedziemy przez totalne odludzia, ale nawet tu dociera cywilizacja. Stojąc w maleńkiej wiosce na środku kamienistej pustyni można złapać zasięg wifi w okolicach podrzędnego baru…









Niestety nie udaje nam się dotrzeć na umówione miejsce. Rozbijamy się na pustyni, kilkanaście metrów od drogi i uruchamiamy procedurę przeciw nocnemu marznięciu…



Skoro świt pakujemy manatki i dojeżdżamy do miasta. Okazuje się, że nie tylko nas złapane po drodze gumy zatrzymały na trasie. Inni jednak podeszli do tematu bardziej ambitnie i ostatnie 100km pokonali w całkowitych ciemnościach i rozradowani cieszyli się, że w końcu coś się dzieje.




Opuszczając Ałtaj ruszamy na północ a tam samym w znów zielone tereny. Jest czerwiec, więc stepy nie są jeszcze spalone słońcem a wszystkiemu uroku dodają kolorowe łąki.




Na jednej z takich wysepek decydujemy się zostać na noc. Wystarczy przejechać płytki strumyk. Ruszamy bez zastanowienia. Jeden motocykl leży, nagle kolejny… i następny. Przyglądający się nam Mongołowie prawie płaczą ze śmiechu. O co chodzi? Okazuje się, że kamienie pokryte glonami i mazią są tak śliskie, że ciężko było przejść piechotą. Czekamy na resztę i obstawiamy komu się uda przejechać…



Większość wykąpana w rzece, więc imprezę czas zacząć. Zapasy mamy spore, towarzystwo również dopisało, humory świetne więc bawimy się przednio a największą atrakcją imprezy okazały się zawody w zapaśnicze Mongolia kontra Polska. Humory psuje dopiero poranek. Okazuje się, że wszystkie walające się koło namiotów drobiazgi znalazły sobie nowych właścicieli. Był to pierwszy przypadek, kiedy ktoś cokolwiek nam ukradł. Na szczęście nie zginęło nic cennego… ale niesmak pozostał.




 

Mijając rozwalone cysterny i uciekając przed deszczem dojeżdżamy do miasteczka Uliastay a naszą uwagę przykuwają kolory na lokalnym boisku. Okazuje się, że trafiliśmy na Obchody rocznicy Oświecenia Buddy. Mimo, iż święto odbywało się na terenie zamkniętym udało nam się wejść i choćby na pamiątkę zrobić kilka zdjęć… po chwili jednak wycofaliśmy się bokami i ruszyliśmy dalej… nad pierwsze jezioro na trasie.









Marzył nam się nocleg nad brzegiem jeziora i w końcu udało się to zrealizować. Gryzące muszki co prawda nie pozwoliły rozbić się tuż przy wodzie, ale mimo to nadal było magicznie…






Kolejnego dnia powoli wbijamy się w góry. Na mapie wybieramy najcieńsze kreski i nimi planujemy przejechać. Po drodze trafiamy do takich wiosek jak ta gdzie właśnie budowano ogrodzenie wokół starej buddyjskiej świątyni. Pozwolono Martynie wbić gwóźdź – był to nasz wkład w budowę ogrodzenia.




 


W jedynej knajpie w okolicy pałaszujemy ryż z baraniną sprawiedliwie dzieląc się jedzeniem. Zamówienie przerosło obsługę, ale po długim dniu nawet ta miseczka naprędce ugotowanego barana była pyszna…




  
Wieczorem grzejemy się przy ognisku i zasypiamy w oczekiwaniu na kolejny mongolski dzień…



 cdn...