czwartek, 13 listopada 2014

Mongolia i Ałtaj Rosyjski 2014 cz. I


Mongolia to dla nas  spełnienie marzeń z młodości, zaspokojenie ciekawości, kraj dziki, tajemniczy, rozległy. Od zawsze chcieliśmy tam jechać więc do ustalenia pozostało tylko kiedy…

Czerwiec 2014 wydawał się miesiącem optymalnym, jeszcze nie lato ale już późna wiosna, zieleń i stepy nie do końca spalone słońcem. Po drodze czekał nas jeszcze magiczny, piękny rosyjski Ałtaj.
Pierwsze dni spędziliśmy w Nowosybirsku poznając miasto i okolicę. Pod swoje skrzydła przygarną nas polski Caritas  oraz wspaniały, opiekuńczy i ciepły człowiek Piotr. Wraz ze swoją partnerką Nataszą cierpliwie tłumaczyli nam historię tego regionu i wozili po zakamarkach których sami nigdy byśmy nie znaleźli. To był doskonały czas by oswoić się z nowym otoczeniem…
Mamy też czas by odbierać maile i telefony z prośbami żebyśmy dalej nie jechali. Media alarmują – Ałtaj zalany, rzeki wylały, drogi są rozmyte a asfalt w niektórych miejscach zerwany. Przyjechaliśmy na szczęście tuż po najgorszym i woda powoli zaczyna się obniżać. Ludzie jednak gadają, że można jechać. Taką też podejmujemy decyzję – jedziemy! Pierwsze 350km za Nowosybirskiem to prosta doga przez płaski teren, w sumie nic ciekawego. Po drodze mijamy miejscowość Iskitim w której kiedyś znajdował się położony niedaleko kamieniołomów łagier. Pracowali w nim również Polacy. Byliśmy tam kilka dni temu i na własne oczy mogliśmy zobaczyć dobrze zachowane baraki w których kiedyś mieszkali ludzie jak i wieżyczkę strażniczą… gdzieniegdzie walał się jeszcze stary drut kolczasty…






Gdy w końcu dojeżdżamy do Bijska wita nas nasz rodak Ksiądz Andrzej Obuchowski mieszkający od kilkunastu lat na Syberii. Spod jednego gościnnego dachu trafiamy pod kolejny, tym razem pod dach polskiej parafii.  Z Polski na Syberię przyjechały z nami flaczki, kisiele ale też rzeczy potrzebne do kościoła – kropidło, gong…




Jest nas sporo więc powitania trwają długo, część z nas przyleciała tego samego dnia, większość jest zmęczona. Rosyjskie piwo i nagrzana do miliona stopni bania pomagają się zrelaksować po pierwszym, dość ciężkim dniu…







Wyjeżdżać się nie chce bardzo, w dodatku zaczyna padać, przed nami piękny Ałtaj, niestety w deszczu… Do granicy z Mongolią mamy około 600km. Nie zamierzamy się spieszyć, chcemy cieszyć się podróżą już teraz. Spać planujemy gdzie popadnie więc bez stresu każdy jedzie w swoim własnym tempie i rytmie. Widoki oszałamiają a droga robi się co raz bardziej kręta… Co krok też natykamy się na pozostałości po niedawnej powodzi…











Śpimy nad rzeką tuż przy drodze, nie musieliśmy daleko jechać by znaleźć miejsce które nie dość, że byłoby piękne to jeszcze schowane tak by nikt z trasy nas nie widział.  Zjazd nad rzekę przyprawił kilkoro osób o szybsze bicie serca a strojący na szczycie Kowal powtarzający każdemu ‘jedź powoli, dupa do góry, hamuj tyłem’ nie poprawiał sytuacji. Po dwóch dniach jazdy asfaltem był to miły przerywnik. Przecież czekało nas w Mongolii kilka tysięcy kilometrów poza drogami utwardzonymi.







Noc minęła spokojnie a szum rzeki zakłócały jedynie okrzyki z oddalonych o kilkanaście metrów namiotów ‘polej, polej’… od tego wieczoru trójka z grupy nazwana została degustatorami :)

Wita nas słońce, na horyzoncie widać czarne chmury ale dodają one tylko uroku ośnieżonym szczytom. 










Do granicy docieramy tuż po południu. 50 km przed granicą, w Kosh Agach  zatrzymujemy się jeszcze na ulubioną soliankę i ruszamy do Tashanty… tylko po to by poczekać 2 godziny aż otworzą przejście graniczne. Musimy poczekać też na naszych degustatorów którzy utknęli gdzieś na trasie, na szczęście uspokajają nas wiadomościami, że wszystko ok i już jadą.


  

  







Granica teraz ma przerwę. Zaopatrzeni w wędzone sery i orzechy w miodzie okupujemy schodki pod sklepem i zwiedzamy okolicę. Wieje niemiłosiernie ale na szczęście nie pada.
Otwierają granicę i już po niecałej godzinie jesteśmy po drugiej stronie. Nie możemy uwierzyć. Rosyjska granica i poszło tak łatwo? Niewiarygodne tym bardziej, że wszyscy byli dla nas mili, uśmiechali się i życzyli miłego dnia. Czyżby ukryta kamera? Nie czas się nad tym zastanawiać. Ruszamy z buta bo przed nami 20km ziemi niczyjej a zbliża się godzina 18 kiedy to Mongołowie zamykają granicę. Wpadamy tam w ostatniej chwili, urzędnicy nie są zachwyceni ale błagamy ich prawie na kolanach by nas jeszcze tego dnia przepuścili… udaje się. Po ekspresowej półgodzinnej odprawie jesteśmy w Mongolii. 




Pewnie to tylko nasza wyobraźnia ale od razu wydaje nam się, że niebo wygląda inaczej, powietrze pachnie bardziej rześko a góry stały się jakby łagodniejsze. Już jest pięknie… a do tego cholernie zimno.
Rozbijamy obozowisko 30km od granicy. Wieje a temperatura oscyluje koło 5 stopni. W dodatku nie mamy ze sobą trunków rozgrzewających....







Jak się okazało ten ostatni problem udało się rozwiązać bardzo szybko – po półgodzinie od rozbicia namiotów podjeżdża samochód w asyście lokalesa na motorku i ku uciesze wszystkich otwiera obwoźny sklepik. Wódka, piwo, papierosy, soki, cukierki, konserwy i chleb – dla każdego coś dobrego... 









Teraz już wiemy, że tą noc przeżyjemy… :)


cdn...

środa, 24 września 2014

Kirgistan i Tadżykistan 2014 - wrócilismy!

Za nami kolejna piękna i emocjonująca podróż.
Kilka tygodni temu wróciliśmy z Kirgistanu i Tadżykistanu. Kirgistan jak zwykle nas zachwycił ale dopiero Tadżykistan sprawił, że brakowało nam tchu. Byliśmy tam pierwszy raz i już teraz wiemy, że za rok tam wrócimy. Jadąc drogą wzdłuż granicy z Afganistanem poznaliśmy jedynie niewielki skrawek tego kraju ale to wystarczyło by się zakochać.
Za nami Góry Fergańskie, Pamir,  turkusowe jeziora Issyk-Kul i Song-Kul, rzut okiem na góry Hindukusz i dwudniowa jazda wzdłuż wzburzonej rzeki Pandż.

Cała relacja z wyjazdu już jesienią... tymczasem zapraszamy do obejrzenia kilku zdjęć...
























cdn...

poniedziałek, 7 lipca 2014

Mongolia 2014 - podsumowanie

Tydzień temu wróciliśmy z Mongolii.
Trzeba jednak przyznać, że 2 tygodnie które tam spędziliśmy należy potraktować jako wstęp, rekonesans... Teraz po prostu mamy ochotę na więcej. Mongolia nas zachwyciła. Zarówno góry, jeziora, stepy i pustynia mają w sobie coś co uspokaja, relaksuje. Mimo, że praktycznie całość trasy pokonaliśmy drogami nieutwardzonymi od szerokich szutrów poprzez górskie ścieżki nie czuliśmy zmęczenia poza tym przyjemnym - fizycznym. Opuszczając Mongolię wiedzieliśmy jedno - za rok znów tu wrócimy, tym razem na dłużej by zobaczyć to czego nie zobaczyliśmy teraz...










Relacja i więcej zdjęć niebawem...

wtorek, 13 maja 2014

Gambia, Senegal 2014 - cz. IV ostatnia



Jeszcze tego samego dnia znów przeprawiamy się maleńką łódeczką na wyspę – serce Georgetown. Płyniemy tam po to by zwiedzić dom niewolników i poznać miejsce gdzie kiedyś działy się ludzkie tragedie.  Siedząc w ponurych piwnicach budynku ze skupieniem słuchamy historii niewolnictwa oraz opowieści o warunkach w jakich niewolnicy byli przetrzymywani. Maleńkie okienka przez które wrzucano jedzenie, niewielka studnia na środku pomieszczenia która dawała wodę tylko wtedy gdy poziom wody w rzece był wystarczający, to wszystko zrobiło na nas ogromne wrażenie. Obejrzeliśmy również pozostałości targu niewolników i drzewo wolności – drzewo które dotknięte przez niewolnika dawało mu wolność już na zawsze…













Już po zmroku wracamy do hoteliku na kolację i zimne gambijskie piwo. Do jedzenia chciano nam podać kolację w wersji europejskiej jednak po naszych protestach i prośbach by podano nam coś lokalnego na stół wjechał pyszny sos pomidorowy, makaron, mięsa, Kus Kus i inne pyszności. Syci i zadowoleni kładziemy się spać….
Opuszczamy nasz przytulny hotelik choć nie bardzo nam się spieszy, leniwie wcinamy śniadanie a po chwili dołączają do nas ciekawskie małpy, pozwalają karmić się z ręki a kiedy kończy się prowiant oddalają się obrażone. 




By jechać dalej musimy przedostać się na drugą stronę rzeki. Plan niby jest prosty, wystarczy wsadzić motocykl na łódkę, przepłynąć i z łódki go wytargać. Co prawda kursuje tez prom ale perspektywa przeprawiania się łódką znacznie bardziej nas kusi. Niestety podczas próby wepchnięcia Teresy Kowala na łajbę wiemy już, że pomysł musi odpaść. Motocykle zwyczajnie się tam nie mieszczą. Zostaje prom. Aby na niego wjechać należy pokonać dość spory odcinek w wodzie ponieważ prom nie dobija do samego brzegu, śmieszne uczucie kiedy jadąc w mętnej wodzie natrafia się nagle na wzniesienie i jednym skokiem znajduje się na pływającej na rzece wyspie – promie.







10 minut płynięcia i już jesteśmy po drugiej stronie. Tym razem kierujemy się na zachód w stronę oceanu zatrzymując się po drodze prawie w każdej napotkanej wiosce. Gambia słynie z dużej ilości różnych gatunków ptaków ale najbardziej rzucają się w oczy wszędobylskie sępy. Ich nieporadny chód a raczej skakanie powodują uśmiech, mniej przyjemnie jest zastać je przy kolacji, lecące za to potrafią przysłonić słońce. 







Mamy tylko 300km do przejechania ale zajmuje nam to cały dzień. Najpierw urządzamy sobie gambijską wersję Nocy i Dni. Mężczyźni bez chwili wahania włażą do bajora by przynieść nam piękne, białe nenufary. Pełen romantyzm… Później robi się już trochę mniej romantycznie  - wielka kupa sępa zrzucona z dużej wysokości przez właściciela ląduje na szybie w moim kasku i o mało nie powoduje wypadku, na szczęście kończy się to tylko zerwaniem sakwy o drugi motocykl i po krótkich reperacjach możemy jechać dalej… jednak tylko takie niewielkie dalej. Kowal łapie gumę. Czterdzieści stopni w cieniu ale my żadnego cienia znaleźć nie możemy, wymieniamy dętkę w pełnym słońcu i powoli zaczyna robić się nam słabo.  Na szczęście tuż za rogiem kolejna wioska, są więc banany, woda i Fanta w różnych dziwnych smakach. Dziewczynki sprzedające owoce trochę speszone ale chętnie pozują do zdjęć.















To jednak nie koniec przygód w dniu dzisiejszym. Tuż przed wjazdem do miejscowości gdzie planujemy przenocować jakiś lokalny Mercedes gubi olej. Jest spory ruch, niewiele widać a kierowca wymienionego samochodu nic sobie z tego nie robi. Na plamę oleju trafia Martyna i zalicza szlifa, na szczęście kończy się tylko obtarciami w motocyklu, przytartą kurtką i wielką awanturą z kierowcą… ale co można zrobić jeśli ubezpieczeń w Afryce brak a pan z mesia nie widzi problemu, trochę krzyków, tłumek ciekawskich i kończy się jak zwykle – This is Africa! Zabieramy roztrzęsioną Martynę i ruszamy w poszukiwaniu noclegu. Chcemy rozbić namioty jak najbliżej oceanu ale w tym miejscu wybrzeże gęsto obstawione jest hotelami a wszystkie kempingi znajdują się daleko w głąb lądu. Uderzamy więc do hoteli z informacją, że chcielibyśmy się rozbić u nich w ogrodzie, ceny jednak są z kosmosu – 200$ za trzy namioty na dwie noce. W jednym  z hoteli udaje nam się zbić cenę do rozsądnej i tam też dowiadujemy się dlaczego było tak drogo – po prostu nigdy nie widzieli wariatów z Polski, którzy chcą rozbić namioty w przyhotelowym ogródku, woleli więc nas wystraszyć ceną ale widząc naszą desperację i zmęczenie ulegli.






Rozbijamy więc obóz pod palmami, do plaży mamy 10 metrów, prysznic tuż obok a w hotelu jest całkiem przyzwoita knajpka. Żyć nie umierać. Następnego dnia planujemy dzień bez motocykla – tylko my, ocean, spacer i Gambia by to uczcić, już po zmroku, rzucamy się biegiem w stronę wody, po drodze zrzucając kolejne części garderoby. Cóż za niesamowita przyjemność po długim, gorącym dniu zanurzyć się w chłodnym oceanie, cieszyliśmy się jak dzieci…
Wracając spotkaliśmy ochroniarza z hotelu który stał w bezpiecznej odległości i bacznie nam się przyglądał… na nasze pytanie o co chodzi odpowiedział: Martwiłem się o was, jest zima, bałem się że zmarzniecie…
Kolejnego dnia nawet nie odwiedzamy naszych motocykli tylko tuż po śniadaniu wyruszamy na spacer , naszym celem jest targ w Serrekundzie. Zapytaliśmy tu i tam, czy daleko, czy łatwo trafić i ruszyliśmy dziarsko przed siebie. Pierwsze pięć kilometrów szliśmy niespiesznie plażą. Wg instrukcji  powinniśmy być na miejscu już po trzech kilometrach jednak każda kolejna zapytana o drogę osoba dodawała nam następne kilometry. Do targu doszliśmy po dziesięciu z czego ostatnie cztery kilometry prowadziły przez zapylone, gorące, ruchliwe miasto… folklor niesamowity, prawdziwe życie Gambijczyków, tak samo targ przeznaczony raczej dla mieszkańców niż turystów. Mimo zmęczenia decydujemy się na krótką rundkę po targu by zakupić kilka pamiątek… W drugą stronę, zmęczeni i z obolałymi stopami zamawiamy już taksówkę.























Rano budzi nas niewiarygodne pieczenie i ból. Wczorajszy spacer zrobił swoje… słońce operowało niemiłosiernie ale chłodna bryza sprawiała, że nie było tego czuć. Dziś czerwoni i w bąblach musimy się wpakować w te wszystkie motocyklowe fatałaszki i w wielkim upale jechać dalej. Bolało, oj bardzo bolało.
Opuszczamy nasz namiotowy raj nad oceanem i ruszamy w stronę stolicy Gambii – Banjul. Stamtąd promem chcemy się przedostać do miejscowości Barra. Banjul nie zachwyca urodą ale możliwość obserwowania z bliska życia mieszkańców wszystko wynagradza.
Meldujemy przy wjeździe na prom. Kowal idzie kupić bilety a my wdajemy się w krótką pogawędkę z mundurowym, który obiecuje, że prom lada chwila będzie… Godzinę później powtarza to samo. Dwie, trzy i cztery godziny później nie zmienia zdania.  This is Africa! My spaleni słońcem szukamy cienia, najpierw siedzimy pod ciężarówką, później przesiadamy się pod stertę betonowego gruzu aż w końcu kończymy pod murkiem który służy tutaj za toaletę, nam jednak to nie przeszkadza – najważniejszy jest cień i budowa basenu i pijalni wody dla mieszkającej w gruzie jaszczurki, samy nie wiemy czy budowa basenu dla jaszczurki to wynik nudy czy czterdziesto stopniowego upału.






W końcu po pięciu godzinach na horyzoncie pojawia się prom. Ustawiamy się w blokach startowych i czekamy na sygnał do startu.  Obok nas kotłują się kobiety z dziećmi, mężczyźni z owcami, jakiś pan taszczy twa krzesła i stół, jeszcze inny trzyma za nogi trzy żywe kury. Ścisk taki, że z motocykla na promie nie da się zsiąść a pan z krzesłami zdziera większość lakieru z mojego zbiornika. Każdy zajmuje się sobą skoncentrowany na karmieniu dzieci, pilnowaniu kur czy rozmowie telefonicznej… a pomiędzy nami wszystkimi przepycha się jeszcze kobieta sprzedająca świeże kokosy.






Gdy wysiadamy z promu jest już późno. Granicę z Senegalem pokonujemy bez problemów i zaczynamy rozglądać się za noclegiem. Już o zmierzchu próbujemy swoich sił w przydrożnym ‘safari; prowadzonym przez europejczyka, jednak ten bez uśmiechu powiedział nam, że możemy spać przed bramą przy drodze ale za nią wejść już nie możemy – łaskawy człowiek. I znów sprawdza się taktyka odjechania kilku kilometrów od asfaltu. Kiedy droga znika nam na horyzoncie po prostu rozbijamy namioty. 









Następnego dnia znów meldujemy się na wspaniałej granicy w Rosso. Procedura przebiega podobnie jak w pierwszą stronę – otoczeni majfrendami krążymy od okienka do okienka i znów płacimy różne dziwne kwoty. Zmęczenie robi swoje i powoli sytuacji mamy już dość. Wciąż pamiętamy, że to Afryka, inny świat i inna mentalność ale nie chcemy by nas traktowano jak świnki skarbonki. Powoli robi się ciemno a mundurowi, mimo że kilkukrotnie już mieliśmy wyjeżdżać wymyślają nowe opłaty i procedury. Nasze błagania nie robią na nich wrażenia więc stosujemy inna taktykę. Najpierw wykonujemy fikcyjny telefon do Ambasady… i w tym momencie okazuje się, że kolejne opłaty nie są aż tak potrzebne jeśli w Mauretanii spędzimy nie więcej niż kilka dni. Jednak panowie skwapliwie jeszcze to sprawdzają – by pomóc im w podjęciu decyzji, niespiesznie próbujemy rozbijać namioty przy policyjnym posterunku… przecież nam się nigdzie nie spieszy, mamy czas a że idzie noc to musimy gdzieś spać… This is Africa – tłumaczymy.




Kolejny dzień to monotrony przejazd przez Mauretanię w towarzystwie sępów, wraków samochodów,  lawet  i piaszczystych wydm… ale też niewyjaśniona do dziś zagadka… Dlaczego nie zatankowaliśmy na jedynej czynnej stacji na trasie? Nikt tego nie wie. Ostatnie kilometry to dzielenie jednego litra paliwa na pół i zlewanie go z większych zbiorników.  W końcu, jadąc najbardziej ekonomicznie jak się da docieramy na granicę z Marokiem i mamy wrażenie jakbyśmy wrócili do cywilizacji. 









Procedury przebiegają ekspresowo i już po chwili jesteśmy po drugiej stronie. Tankujemy się do pełna i ruszamy przed siebie wzdłuż oceanu… znów śpimy na dziko na pustyni  a zapas czasu wykorzystujemy na sesje zdjęciowe. Trochę jakby odkładamy w czasie nasz powrót. Możliwie najdłużej chcemy pozostać w tym magicznym świecie, który im bliżej Agadiru jesteśmy tym bardziej się oddala.









W końcu jednak docieramy na miejsce a ostatnie wolne chwile wykorzystujemy na zakupy i spotkania z ludźmi – jedno z nich bardzo zapadło nam w pamięć – Koreańczyk który samotnie przemierzał świat dookoła. Rzucił pracę w korporacji i ruszył świat przekonany, że marzenia trzeba spełniać. Wyglądał na szczęśliwego.










Każdemu kto chce się wyprać do Gambii i Senegalu szczerze te kraje polecamy. Tam zaczyna się prawdziwa Afryka, inny, fascynujący świat., przyjaźni, uśmiechnięci ludzie, zachwycająca przyroda lub równie oszałamiająca pustynia… My wracamy tam za rok by zobaczyć to czego nie udało nam się zobaczyć teraz. Za tamtymi krajami się po prostu tęskni…  






 Dziękujemy!