niedziela, 20 listopada 2011

Maroko 10.2011 część trzecia.

Erfoud to ostatni przystanek i szansa zatankowania przed pustynią Hamada. Tankujemy do pełna, następna stacja daleko, a przed nami dwa dni ostrego orania. Ostatnie kilometry asfaltu i zaczyna się  główny cel naszej marokańskiej wyprawy – Hamada. Kamienista pustynia poprzecinana plątaniną śladów samochodów, mniejszych i większych strumieni i rzek, pagórków i piaszczystych wydm. Kilkanaście minut treningu na zapoznanie się z charakterystyką nawierzchni, sesja foto i ruszamy na azymut wg GPS do Merzougi na łeb na szyje, jak kto chce, którędy chce, byle sobie wzajemnie nie kurzyć i mieć się w zasięgu wzroku. Piaszczyste rozjechane przez samochody koryta rzek zbierają pierwsze żniwo w postaci gleb. Miejscami pustynia jest tak gładka że można jechać powyżej 100 na godzinę. Docieramy do naszego hotelu Panorama, jedynego na wzniesieniu w Merzoudze z którego rozciąga się wspaniały widok na największe wydmy północnej Afryki. Szybkie rozpakowywanie i całą gromadą ruszamy zdobywać piaszczyste góry. Pierwsze koty za płoty, urwana szyba podczas lotu przez kierownicę, zakopane motocykle po osie, które wspólnie wykopujemy z piachu. Każdy łapie po kilka lekkich gleb w miękkim fesz feszu ( rodzaj piachu o konsystencji mąki) i do hotelu wracamy totalnie zmęczeni i wypompowani ale w fantastycznych nastrojach. Jusuf, właściciel hotelu serwuje nam wspaniałą kolację, po której zaprasza nas na koncert afrykańskich bębniarzy. Zabawa mimo zmęczenia trwa do późnych godzin nocnych.



Zielona dolina Ziz.




Dziesiątki km pustyni a pośrodku zapadliska zielona oaza.


W Erfudzie wjechaliśmy w sam środek targowiska.


W drodze do Merzougi.


Nasi  nowi znajomi.



Chwila relaksu. Każdy chce znaleźć trochę cienia.


Oswajanie się z podłożem.


Niektórzy potrafią latać.
 


Widok z naszego hotelu.


Widoku hotelowego ciąg dalszy.


Zdobywanie wydm.



Jazda po piachu daje dużo frajdy.


Ale też hartuje ciało i umysł. Gleba Szymona, lekko potłuczone żebra. :)


Szarża Pekaesa.


Michał na swojej Africa Twin.





Moja stara spracowana Tereska też dawała radę :)



    Lanszaft numer 1



 Mały mieszkaniec pustyni.


 Lanszaft numer 2.





 Wieczorny koncert Bębniarzy Afrykańskich.


podróże motocyklowe wyprawy motocyklowe




2 komentarze:

  1. Piekne zdjecia, fajny komentarz, ale przede wszystkim super przygoda, ktorej troche Wam zazdroszcze.
    Gratuluje pasji i determinacji w kultywowaniu.
    Monika

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za ciepłe słowa Moniko.

    OdpowiedzUsuń