poniedziałek, 14 maja 2012

Jemniom Maroko Ekpedyszyn :) kwiecień 2012 część druga.

Przełęcz i niespodzianka – śnieg. Pierwsze zaspy wywołują radość i skłaniają do wygłupów jednak im dalej jedziemy tym droga staje się bielsza i coraz mniej przejezdna. W końcu zatrzymuje nas dwumetrowa zaspa śniegu przez którą próbują się przebić spychacze. Pełni optymizmu urządzamy sobie piknik, szacujemy zapasy żywności, wodę odzyskujemy ze śniegu uważając jedynie na ten żółty i planujemy nocleg w pobliskich zabudowaniach. Nasz wyprawowy KaOwiec Safi próbuje dowiedzieć się jak długo potrwa odśnieżanie drogi. Z uzyskanych informacji wynika, że odśnieżenie kilkukilometrowego odcinka potrwa około dwóch godzin. Po tym czasie, zjedzonych konserwach i wypitych szampanach dowiadujemy się że Kowalo-godziny oraz Kowalo-mile obowiązują również w Maroku i nic nie trwa tyle ile było w założeniu. Ponieważ spychacze zakończyły pracę na ten dzień a przepychanie motocykli przez pięciokilometrowy odcinek dwumetrowej zaspy śniegu jest ponad nasze siły zarządzamy odwrót i dzięki temu znów lądujemy w Tazie. Tym razem decydujemy się na nocleg w hotelu tysiącgwiazdkowym, odbijamy z asfaltu w pierwszą polną drogę i rozbijamy obóz na wzgórzu z widokiem na góry.
Kolejnego dnia, zostawiając zaśnieżone góry Atlas za sobą i próbując nadgonić stracony w zaspie czas wyruszamy w sześciuset kilometrową drogę w kierunku Merzougi. Przez Guercif, Missour, piękną, widokową trasą docieramy w późnych popołudniowych godzinach do Erfoud - tu kończy się asfalt. Po całym dniu jazdy zostaje nam do pokonania ostatni odcinek – przez Hamadę, częściowo na azymut, do kultowego Hotelu Panorama. Zmęczenie drogą daje się we znaki, zaliczamy kilka niegroźnych gleb, zostawiamy na pustyni dwa lusterka oraz kierunek ale w końcu, w całkowitych ciemnościach, zmęczeni, docieramy do celu… po to by po kilku godzinach snu wstać, jeszcze w nocy, i wyruszyć na wydmy  zobaczyć wschód słońca…


Pierwsza zaspa zaliczona. 


Żegnamy kolegę bałwana i w drogę.




Śniegi coraz większe. A droga długa jest.



Coraz więcej śniegu.


Ale asfalt widać.



Niby ciepła Afryka a tu taka niespodzianka.


Dremele na qładzie.



I stało się docieramy do offu, ale nie z piachu a ze śniegu. Afryko witaj !!!!!!!!



Po kilkuset metrach docieramy do drogi zasypanej dwu metrowym świeżym śniegiem. Gdzie pracuje ciężki sprzęt.









W oczekiwaniu na odkopanie drogi.






Chłopaki mówią że drogę odkopią w ciągu dwóch godzin.




Nasza karawana...... nie w piach a w śnieg się wciska.



Rozbijamy mały biwak, na pierwszy ogień kawa.
 Nasza kawa wyglądała jak woda z kałuży :)




Czas na obiad, mija trzecia godzina odśnieżania. Ale jak wiadomo w Afryce czas płynie.... inaczej.




Się relaksujemy!!!!!!


 Prawdziwy śnieżny mudżahedin.



Szampanem bezalkoholowym popijaliśmy obiad :)



Koniec szampana, pora podjąć decyzję o odwrocie.



Dokarmianie zwierząt podczas odwrotu.
 Nocleg na zielonej trawce, a w perspektywie był na śniegu.


Mumio Zbyszek w końcu spaliśmy prawie na cmentarzu.



Start do dalszej drogi.



Po kilkuset km ( musieliśmy nadrobić straty) docieramy do takich klimatów.








Po kilkuset kilometrach drogi i dojechaniu po zmroku do Merzougi, znaleźli się śmiałkowie którzy wstali po ciemku żeby zobaczyć wschód słońca. Czyż Maroko nie jest pięknie zaskakujące? Sami oceńcie!!!
CDN........ niebawem.
podróże motocyklowe wyprawy motocyklowe







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza