sobota, 10 listopada 2012

Maroko Parszywa Trzynastka wrzesień 2012

Maroko upaja, uzależnia i za każdym razem pozostawia po sobie niedosyt... Nie wiem czy kiedykolwiek nadejdzie moment kiedy powiemy sobie dość. Każdy kolejny wyjazd jest jakby niedokończony, jakby należało coś jeszcze zobaczyć...
Po czteromiesięcznej przerwie znów tam wracamy. Jest nas trzynaścioro - trzy kobietki i dziesięciu facetów - Parszywa Trzynastka. Do teraz zastanawiam się czy była to właściwa nazwa :-)

Startujemy standardowo z Malagi by promem z Algeciras przedostać się na Czarny Ląd. Dreszczyk emocji za każdym razem gdy przybijamy do portu jest ten sam.  Miejsca niby oswojone a jakby inne, nowe, także dzięki ludziom którzy z nami jadą...

Pierwszego dnia, drogą wzdłuż morza docieramy do wioski El Jebehy, do której, jeszcze w kwietniu prowadził piękny szuter...  teraz niestety zalany nowiutkim asfaltem. Żal za szutrem rekompensuje nam pyszna kolacja złożona z owoców morza i świeżych ryb oraz zakupione na promie trunki. Następnego dnia rozdzielamy się na dwie grupy, jedna, ta bardziej szalona ma zamiar zdobywać ścieżki dla osłów, druga pojedzie bezpieczniejszą jednak do tej pory nieznaną trasą. Jak się później okazało ścieżka dla osłów była nową wstążką asfaltu a nasza 'bezpieczna' trasa resztkami betonu pomiędzy szutrem i ubitą ziemią... Tego dnia, późnym wieczorem docieramy do Tazy, robimy zakupy złożone z sardynek, mortadeli i worka lodu do drinków i już w całkowitych ciemnościach rozbijamy obóz w Narodowym Parku Tazakka pomiędzy dębami korkowymi i w otoczeniu wysokich czerwonych skał. Wczesnym rankiem krętą, ledwo widoczną na mapie drogą ruszamy w kierunku Missour. W kwietniu, na przełęczy zatrzymał i zawrócił nas tam śnieg, teraz chcemy zrealizować plan i przejechać całą trasę. Znów dzielimy się na grupy, tym razem trzy różne, dwie które mniej więcej wiedzą gdzie jechać i trzecią której się wydaje :) Niestety, w przypadku jednego z nas szukanie nowych dróg ma zakończenie się fatalne, pozornie niegroźna wywrotka na motocyklu kończy się złamaną nogą i kilkudniową wizytą w marokańskiej klinice. Pozostała część grupy dociera bezpiecznie na położony w pobliżu przełomów rzeki ZIZ kemping. Akcję ratunkową nadzorujemy telefonicznie. Została nas Parszywa Dwunastka...
Po odespaniu emocji dnia poprzedniego ruszamy w kierunku Erg Chebbi. Wciąż jedziemy rozdzieleni jednak postanawiamy spotkać się dopiero w Merzoudze gdzie docieramy wczesnym popołudniem. Po drodze mijamy piękne kaniony wypełnione rzeką zieleni a górzysty teren powoli przechodzi w kamienistą Hamadę. Ostatnie 30 km do Mezrougi pokonujemy na azymut przez pustynię. Spieszymy się bo jeszcze tego samego dnia, prawie o zachodzie słońca chcemy wyruszyć na wydmy by poszaleć na naszych motocyklach w tej wielkiej piaskownicy...













Małe conieco :)






Pakowanie motocykli w El Jebha


I w drogę...














Domki na przedmieściach Tazy...


Nocleg w Narodowym Parku...


Dla niektórych to był ciężki poranek... :)



























Zakręty... zakręty...


I jeszcze więcej zakrętów...


Która drogę wybrać?



"Na pająka"










Rzeka zieleni...





Przerwa na Berber Whisky


Chwila relaksu...















Docieramy na pustynię i pierwsze testowanie piachu :)


Bardzo duże pole do popisu...


Ruda i jej ostatnia wyprawa z Dominatorem... :p


Piaskowa trąba powietrzna...


Erg Chebbi... jeden z najpiękniejszych widoków...


Pociąg pospieszny relacji Radom - Merzouga :)


Pyszna kolacja w Kasbah Panorama - jak zwykle najlepszy Tadzin Kefta...

ciąg dalszy nastąpi... 

podróże motocyklowe wyprawy motocyklowe

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz