czwartek, 13 grudnia 2012

Maroko Parszywa Trzynastka wrzesień 2012 cz. 4 ostatnia.

Obudzić się w tak cudnych okolicznościach przyrody zawsze jest przyjemnie. Czerwone skały wystają sponad zielonych palm, obok szumi jeden z nielicznych w okolicy strumyków a w dodatku w perspektywie mamy przejazd dwoma pięknymi wąwozami - Todra i Dades.
Ostatnie chwile błogości wykorzystujemy na zjedzenie śniadania, które jak zwykle tutaj składa się z figowej marmolady, miodu, masła oraz lokalnego chleba Khobz. Tak posileni ruszamy krętymi drogami wąwozu Todra. Nad nami rozpościerają się majestatyczne pionowe skalne ściany mieniące się wszystkimi odcieniami czerwieni. Po kilkunastu kilometrach odbijamy w boczną drogę w tak zwany łącznik pomiędzy wąwozami. To wysoko położona, górska, nieutwardzona droga, która zapewnia niesamowite i niezapomniane widoki. Gdy się kończy jesteśmy już w wąwozie Dades. Odbijamy w kierunku Bouimaine Dades cofając się od celu ale wiemy, że warto ponieważ Dades to hipnotyzujące miejsce. Zachwycają formacje skalne, oazy zieleni jak i sama droga prowadząca słynnymi i uwiecznianymi na fotografiach z każdego wyjazdu serpentynami. Przy serpentynach zawracamy, kawałek musimy przejechać tą samą drogą by później wbić się w ostatni tego dnia off, W końcu docieramy do Agoudal i do zaprzyjaźnionego hoteliku w którym jak zawsze serwują kuskus z kocizną a przynajmniej z czymś co ją przypomina... Jesteśmy zmęczeni i głodni więc danie smakuje wybornie.

Kolejnego dnia pada. Agoudal powoli staje się przewidywalne. Przymrozek i deszcz to dwie standardowe rzeczy którymi ta wioska rano wita przybyszów. Ubieramy się cieplej niż zwykle i bocznymi drogami ruszamy w kierunku Marakeszu. Chcemy tam dziś dotrzeć jednak nie jesteśmy pewni czy się uda. Z powodu złapanej gumy rozdzielamy. GPS część grupy prowadzi wysokimi górami, doliną rzeki i półkami skalnymi - drogą dla osłów i motocyklistów wariatów. Na szczęście w porę zawracają i spotykamy się na trasie. Drogi śliskie, szarówka jakby wisi w powietrzu i tylko czekać aż zrobi się całkiem ciemno. Ostatkiem sił, grubo po zmroku docieramy do miasta. Na szczęście przestaje padać a wesoły rozgardiasz na drogach poprawia nam nieco humor. Znajdujemy podrzędny hotelik w centrum, przebieramy się w rzeczy które ocalały i nie zmokły i w końcu możemy odpocząć...

Rano za oknem słońce a na termometrach znów 35 stopni. Cóż za pogodowy zwrot akcji. Humory lepsze więc w skąpych galowych strojach przejeżdżamy niespiesznie przez miasto. Kawka, chwila wytchnienia i docieramy w okolice gwarnego placu Dżemaa el-Fna. Motocykle zostawiamy pod posterunkiem policji a sami wyruszamy penetrować zakątki starej Medyny. Zapuszczamy się tak daleko, że aby wyjść musimy użyć GPSa i dzieciaka wracającego ze szkoły - dzieci są niezastąpione i całkiem niewiele sobie liczą :)

Znów rozdzielamy się na grupy. Jedna chce zaczerpnąć świeżego powietrza nad oceanem a druga nadal ma zamiar szwędać się po górach. My jedziemy w ekipie górksiej i w ten sposób docieramy do wodospadów Ouzoud i pociesznych małpek którym pozwalamy wprost wejść nam na głowę, były jednak na tyle potulne, że jadły nam z ręki. Nie wiem kto miał więcej frajdy - my czy małpy? Z wodospadów kierujemy się na rzymskie ruiny miasteczka Volubilis a następnie do niebieskiego miasta Chefchaouen. Miasteczko urzeka swoimi wąskimi i stromymi uliczkami, medyną, maleńkimi straganami i położonymi pośród tego wszystkiego małymi placami z kawiarenkami. Kto będzie kiedyś w Maroku powinien odwiedzić to miejsce , które jeszcze całkiem niedawno było niedostępne dla turystów.
Tu w Chefchaouen na kempingu spotykamy się z ekipą wracającą znad oceanu. Ostatni odcinek drogi na prom pokonamy już razem.

W drodze jest też Piotr ze złamanym obojczykiem i dwoma motocyklami w marokańskim furgonie. Wiezie on swój sprzęt jak i Mariusza zgarnięty po drodze z policyjnego posterunku.
Powinien dotrzeć na prom w tym samym czasie co my. Pozostanie nam tylko rozwiązanie problemu jak jeden facet, jedna kobieta i jeden połamaniec ;) przetransportują 4 motocykle przez granicę a następnie na prom... Okazało się jednak, ze dla chcącego nic trudnego i wszystkie motocykle po kilku godzinach, kilku przesiadkach i przepchnięciach znalazły się po stronie hiszpańskiej... Może wraca nas parszywa dwunastka ale motocykli nadal jest trzynaście...

I znów koniec fantastycznej wyprawy po Maroku a zostało tam jeszcze tyle dróg w które chciałoby się skręcić... By je poznać wrócimy tam niebawem, to pewne...


















































































 CD nie nastąpi. :) :) :) Niebawem następna relacja.

podróże motocyklowe wyprawy motocyklowe

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza