poniedziałek, 25 marca 2013

Maroko okiem Teresy, część druga i trzecia, ostatnia

Dla przypomnienia: jestem Teresa - motocykl. Dziś dalsza część mojej opowieści...

Merzouga. Wielka kupa piachu i masa zabawy. Przed wyruszeniem na wydmy powstrzymuje nas tylko burza piaskowa. Mi nie przeszkadza ale ludziom sypie w oczy. Mój Pan kozak zbiera jednak ekipę i jedziemy. Od razu serce bije mi szybciej, wiem, że za chwilę dostanę wycisk aż będzie mi trzeszczało w łożyskach. Mój pan wie jak mnie wykorzystać. Lubię to! Niestety co jakiś czas musi mnie zostawić by pomóc grubej Teresie wygrzebać się z piachu. Takie życie. Nie jestem zazdrosna ale wkurza mnie zainteresowanie Grubą. A to gaźniczki, a to uszczeleczka, czasami mam wrażenie, że robi to specjalnie.
Kolejnego dnia, już po burzy, ruszamy w objazdówkę `dookoła wydm. Trochę piachu, jedna sucha rzeka, sporo kamienistej hamady, jest miło. Miło też było ruszyć dalej. Jedziemy w kierunku Alnif. Jedziemy asfaltem a to oznacza bardzo długą prostą. Nudy. Strasznie wieje i zapowiada się, że będzie lało. Chcemy jak najszybciej dotrzeć do celu. Robię co mogę żeby ci ludzie nie zmokli. Gnamy ile fabryka dała, a że dała tyle a nie więcej a w dodatku wieje powoli turlamy się do przodu. To ja już wolę pustynię i burzę piaskową. Uff, w końcu docieramy do hoteliku, zaczyna kropić, co wywołuje popłoch u tych śmiesznych ludzi. Zabierają co mogą i już siedzą w suchym i ciepłym hoteliku nas zostawiając na pastwę losu i afrykańskiego deszczu. Przynajmniej kurz się spłucze, też czasami chciałabym wyglądać ładnie.

W połowie nocy przestaje padać. Czysta i pachnąca czekam na mojego Pana i całą resztę ekipy. Dziś ruszamy na znaną mi drogę MH10. Jeszcze miesiąc temu przypominała szutrową autostradę teraz po ulewach niewiele z niej zostało. Kałuże, kamienie, rozmyte zakręty i rzeka pełna wody to coś co Tereski lubią najbardziej.
Zanim jednak zacznę się delektować jazdą muszę odszukać kilkoro zagubionych, próbujących, oczywiście niechcący, zdobyć trudniejszą MH5. Nie chcę nawet myśleć jak wygląda ta droga.
Na szczęście wszystkich złapałam zanim wplątali się w kłopoty. Dołączamy do ekipy prowadzonej przez Osiołka i dalej, do Tinerhir  jedziemy już razem. Zachodzące słońce i burzowe chmury sprawiają, że otoczenie wygląda magicznie.
Do pokonania jeszcze dwa śmierdzące ścieki na rogatkach miasta i jesteśmy na miejscu. To był udany i ciekawy dzień. W takie dni czuję, że jestem na właściwym miejscu, że sprytni Japońce właśnie po to mnie wymyślili...





































































































MAROKO OKIEM TERESY CZĘŚĆ TRZECIA

Jestem Teresa i jestem motocyklem.

Przerwano mi moją opowieść kilkoma szalonymi wypadami. W tym czasie kiedy mnie tu nie było mój właściciel oszołom zatargał moje stare kości aż do Kirgistanu... ale to osobna historia...
Wróćmy więc do poprzedniej...

Z Tinerhir ciężko się wybrać. Kemping jakby prosił by zostać na chwilę. Ludzie jedzą śniadanie, piją kawę a nam się nudzi. Trochę podśmiewamy się z Grubej Teresy czy da radę jechać ale ta twierdzi, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. W końcu ruszamy. Najpierw wąwóz Todra. W ogromie tych rudych skał czuję się maleńką Tereską. Zatrzymujemy się na chwilę by chłonąć widoki ale po chwili znów ruszamy by wbić się w łącznik pomiędzy wąwozami. Za każdym razem gdy zatrzymujemy się na rozstaju dróg grupka lokalesów wciska nam kit, że droga którą chcemy jechać jest nieprzejezdna. Szefostwo zna już te numery z poprzednich wyjazdów więc teraz tylko się z nimi bezsensownie sprzecza.
Łącznik ma to do siebie, że przez długi odcinek droga prowadzi wyschniętym, kamienistym korytem rzeki - czyli coś co Tereski lubią najbardziej. Później wspina się serpentynami przez przełęcz na której szczycie można znaleźć fosile, takie muszelki i robaczki odbite w kamieniach. Nie mogę się nadziwić jaką radość tym dziwnym ludziom może sprawić mała garść gruzu. Dalej już było z górki, później asfalt i wyskok do wąwozu Dades by podziwiać serpentyny widniejące na większości pocztówek z Maroka. Ładne to ale Teresy znacznie bardziej lubią kolejny etap czyli malowniczy off do Agoudal. Wąska ścieżka wijąca się pomiędzy pagórkami, polami i rzekami.
W Agoudal jak zwykle zimno. Czeka już na nas dwie ekipy asfaltowe. Jedna pokonała 100km druga ponad 400. Jak tego dokonali wyruszając z tego samego miejsca i spotykając się w tym samym punkcie, nie wiem.

Kolejny dzień to całe pasmo niespodzianek. Najpierw standardowo mieliśmy jechać do Marakeszu jednak w ostatniej chwili ciekawscy ludzie zmienili zdanie i stwierdzili, że poznamy niepoznane i pojedziemy zobaczyć górę przypominającą katedrę - El Catherdrale. By podzielić drogę na dwa dni rozbijamy obóz na cypelku obok turkusowego jeziora. Jest ognisko, są konserwy, są ryby w puszce czyli jest wypas. Sama El Cathedrle to rzeczywiście piękny to był widok a szutrowa droga droga prowadząca dookoła - marzenie. Inne drogi również piękne, szczególnie ta którą wybrała właścicielka Osiołka a która okazała się drogą prowadzącą do nikąd. Ma talent kobita. To nie pierwszy raz kiedy wybiera drogę która się kończy.
Tego dnia zrobiliśmy ponad 250km w terenie, lekkim ale jednak. Niektóre motocykle dojechały do stacji na ostatnich kroplach paliwa.
Nocujemy na uroczym kempingu Zebra niedaleko kaskad bo w planach ci dziwni ludzie mają polowanie na małpy. Z aparatami wyruszają na akcję, coś im nie wyszło bo żadnej małpy nie upolowali.

Rezygnując z Marakeszu postanowiliśmy odwiedzić Fez. Miasto urocze ale medyny nie udało mi się zobaczyć. Wraz z Osiołkiem zostałam na straży pilnować pozostałych motocykli.

Droga z Fezu to już tak naprawdę droga powrotna. Maroko przeważnie z nami wtedy płacze. Tak było i tym razem. W strugach  deszczu docieramy do Chefchaouen. Ślisko było jak cholera, opony nam się rozjeżdżały, ciężko było zachować kurs a ludzie przerażeni zwalniali prawie do zera. W miasteczku trochę się uspokoiło. Ludzie pochowali się pod dachem by w suchym miejscu doczekać poranka i ruszyć na prom...

Fajna to była wycieczka. Lubię Maroko i jego piachy, kamienie i szutry.
I mimo, że teraz zmęczona po ostatniej wyprawie do Azji Centralnej stoję sobie grzeczniutko w garażu już nie mogę się doczekać kiedy tam znowu pojadę...

Dziękuję za uwagę i mam nadzieję, że do zobaczenia
Teresa











 

























podróże motocyklowe wyprawy motocyklowe

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza