piątek, 15 marca 2013

Maroko okiem Teresy.

Wiosnę widać tylko w kalendarzu, za oknem znów gruba warstwa śniegu, nadal stoję w nieogrzewanym budynku, dobrze, że chociaż pod dachem, dobrze, że do towarzystwa mam mniejszego kolegę Osiołka, we dwoje raźniej.

Na imię mam Teresa, mam 25 lat i jestem uzależniona... od szalonych pomysłów mojego Pana.
(w tle... wspieramyyy cię)
W urzędzie wpisali mi Yamaha XT600Z Tenere... ale jak to brzmi? Wolę Teresa, Tereska dla przyjaciół.

A jeszcze nie tak dawno byłam szczęśliwa. Doskonale pamiętam chwilę jak delikatne muśnięcie kluczykiem sprawiło, że znów mogłam oddychać pełną piersią. To było w Maladze. Znam to miejsce dobrze bo to właśnie tam zaczyna się jazda na adrenalinie.
Tym razem jest październik. Rozglądam się nieufnie dookoła. Widzę kilka nowych twarzy ale w tłumie dostrzegam też te znajome. Jest opasła duża Teresa, znam ją ze stodoły u mojego mechanika. Jest Osiołek, brat mój, mniejszy ale serce to samo. Osiołek to nowy nabytek tej szurniętej Rudej co podróżuje z moim Panem. Widzę też dobrego kumpla Dominika, NX250 w papierach mu wpisano, jednak dla mnie to mój dobry kumpel. Nie jedno już razem przeszliśmy. Tym razem będzie podróżował z nową kierowniczką ale i tak mi lepiej, że jest. To nasza ostatni wspólna podróż. Widzę też dwa motocykle z obcymi paszportami, chyba austriackie, ja Szwajcarka powinnam się z nimi dogadać...
Startujemy. Osiołkowi odbija szajba i wyrwał do przodu. Ja z Dominikiem obstawiamy tyły. Trasa nudna bo to tylko przelot na prom. Prosto, bardzo prosto.
Prom. Skrępowana pasami czekam, aż dotrzemy na Czarny Ląd. Oni tam na górze byczą się leniwie obserwując znikający Gibraltar a my tu na dole, pomiędzy wielkimi ciężarówkami możemy co najwyżej skupiać się na tym by ustać w pionie.
Jesteśmy. Afryka. Powietrze pachnie inaczej. Kocham ten kontynent.

Pan mój wyznacza nowe trasy i wycieczkę odwraca do góry nogami. Jedziemy do Chefchaouen. Uwielbiam te strome, ciasne niebieskie uliczki. Ten tłum lokalesów. Ten przestronny, spokojny kemping. Chwila oddechu myślałam - głupia! Wiedziałam, że nadmierne obżarstwo i brak ruchu kiedyś się na niej odbiją. Grubej Teresie siadło coś w gaźnikach. Nie wtrącam się. Niech Oni się tym zajmą.
Świt. Gruba Teresa niewyspana ale w całości. Jedziemy dalej. Prawo, lewo, prawo, lewo i tak cały czas przez góry Riff. Zakręt za zakrętem - jak ja to lubię. Próbujemy dotrzeć do Tazy, stolicy Riffu ale zaskakuje nas zmrok. Zaskakuje tak jak co roku zima zaskakuje drogowców. Ja mam reflektor, mogę jechać ale ci ślepi ludzie nie dają rady. Bunkrują się gdzieś za krzakami a z nas robią sobie podstawki pod kubki z drinkami. Skandal.
Noc się skończyła. W końcu Ci dziwni ludzie mogą jechać dalej. Więc jedziemy. Śmigamy sobie pięknie położonymi trasami, mijamy szmaragdowe jeziora, gaje oliwne i lasy cedrowe. Jest pięknie, nie wiem w którym kierunku łypać moim wielkim jednym okiem. Dobrze, że człowiek ogarnia temat, w końcu się przydaje. Najpierw zatrzymuje nas pęknięty przewód hamulcowy w niemieckiej Heldze a następnie zgubiony korek od wlewu oleju w TeTetce. Gdyby kózka... czy jakoś tak. Kawałek okrągłej, równo ukrojonej gałęzi i powertape dają radę, doskonale zastępuje korek. Przewodem zajmują się miejscowi magicy, czary mary i bejca jedzie dalej. Pokazała, że jest niezniszczalna, lubię ją bardziej. Jedziemy dalej. Jest cudnie, znam tą trasę więc mogę sobie pozwolić na więcej. Rozwijam skrzydła delektując się winklami i widokami. Osioł z zakorkowaną TT jadą przodem, znają trasę, niech prowadzą. Ja pilnuję reszty. I dobrze bo gówniara Yamaszka złapała gumę. Ludzie szybko uwijają się z usterką. Możemy jechać dalej. Znów rozbijamy obóz na dziko. Trzeba rozgarnąć kamienie żeby postawić namiot. Ja wolę spać na stojąco. Przynajmniej zawsze jestem gotowa do jazdy.

Budzimy się o zmroku. Dziś chcemy dojechać do Merzougi. Mój Pan wymyśla jakieś nowe trasy. Obawiam się, że do celu możemy nie dojechać.
W Missour wbijamy się w jakąś drogę. Po chwili dowiaduję się, że to trasa rajdu Paryż Dakar z lat 90tych. Łał, czuję się jak gwiazda. Zwinnie przeskakuję wszystkie przeszkody i jadę... byle przed siebie. Jestem taka podniecona. Mój własny rajd. Pierwsza docieram do asfaltu. Wygrałam! Z radości dzielę się paliwem z pozostałymi i już po czarnym prowadzę ekipę do hoteliku. Znam to miejsce, kojarzy mi się z jednym... z tym, że lada chwila zacznie się zabawa. Wielkie hałdy piachu zwane tutaj Erg Chebbi to dwa dni szaleństw i wygłupów. Przyznam szczerze, że godzę się na te wyjazdy tylko po to by tutaj dotrzeć, bawić się i obserwować spoconych, sapiących i zmęczonych walką z piachem ludzi... warto, naprawdę warto...














































































 CDN......

podróże motocyklowe wyprawy motocyklowe

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza