niedziela, 2 marca 2014

Gambia, Senegal 2014 - cz. I



Jedziemy do Gambii!!! 

Mimo, iż temat pojawiał się od wakacji decyzję podjęliśmy w ostatniej chwili gdzieś pod koniec listopada. Mieliśmy miesiąc na ogarnięcie wszystkich spraw związanych z wyjazdem, wizy, szczepienia, przygotowanie będących w rozsypce motocykli i ogarnięcie całej logistyki.
O ile wizy senegalskie można załatwić częściowo przez Internet o tyle z wizami mauretańskimi nie było już tak prosto. Dzięki uprzejmości naszego kolegi z Berlina wnioski wizowe trafiły bezpośrednio do ambasady – ale to był dopiero początek góry lodowej. Pierwszym problemem okazała się płatność za wizy, Mauretania przyjmuje jedynie czeki. Czeki i nic więcej! Mimo, że zaopatrzyliśmy kolegę w gotówkę wystarczającą na pokrycie wszystkich kosztów to nie wystarczyło, został odprawiony z kwitkiem. Na ratunek przyszło niemieckie biuro pośredniczące w wydawaniu wiz, to oni dla nas załatwili czeki i złożyli wnioski. Wszystko jakby wychodziło na prostą.  Jednak pracownicy Ambasady Mauretanii nie spieszą z niczym, przepisowe dwa tygodnie mijają a wiz jak nie było tak nie ma, po miesiącu słyszymy to samo. Lekko spanikowani zaczynamy działać na własną rękę, wykonujemy po kilka telefonów dziennie do ambasady i wysyłamy na miejsce wszystkich znajomych mieszkających niedaleko. Jedyny skutek jaki odnosimy to wkurzenie całej kadry pracowniczej. Ewidentnie mieli nas dość bo dwa dni później dostajemy telefon – są wizy.  Oddychamy z ulgą i cieszymy się jak dzieci, tym bardziej, że nasza dwójka jest już w drodze i tego samego dnia w którym udaje nam się odzyskać paszporty przekraczamy granicę polsko – niemiecką.   
Ciągniemy motocykle do Agadiru, bo to tam zacznie się nasza prawdziwa przygoda, która bez paszportów byłaby niemożliwa.

Krótki postój w Sztutgardzie

Na promie z Hiszpanii do Maroka

Zostawiamy za sobą Europę

Co raz bliżej Agadiru

Widok z autostrady

Trasa do Agadiru przebiegała spokojnie i po pięciu dniach byliśmy już na miejscu. Maroko powitało nas burzami, wichurą i ulewami. Mało optymistyczny początek. Na szczęście po przekroczeniu gór Atlasu pogodna zmienia się diametralnie a burzowe chmury zastępuje piękne słońce. Rozbijamy obóz na zaprzyjaźnionym parkingu przy głównej ulicy Agadiru. Mamy kilka dni na ochłonięcie po podróży, ostatnie poprawki przy motocyklach, spacery nad oceanem i picie przytarganego tu hiszpańskiego wina. Czekamy na resztę ekipy penetrując zakamarki Agadiru i zajadając się pizzą w maleńkim lokalu prowadzonym przez Algierczyka pochodzenia francusko włoskiego.




Z nudów czasem dopadała nas głupawka


W końcu nadchodzi dzień w którym jesteśmy już wszyscy i możemy ruszyć przed siebie. Nie wiemy, czy wszystko uda się tak jak zaplanowaliśmy, przed nami wiele kilometrów w dość krótkim czasie i wiele niewiadomych, wszyscy jedziemy tam pierwszy raz i jedyna wiedza na jakiej bazujemy to relacje z innych podróży... Mimo wszystko jednak przebieramy nogami jak małe zniecierpliwione dzieci – chcemy być już w dordze...


Tuż przed startem


Pierwsze dni to przejazd drogą wzdłuż oceanu przez Saharę Zachodnią. Mimo, że z każdym kilometrem jedziemy co raz bardziej na południe, cieplej się nie robi. Silne podmuchy wiatrów spychają nas na przeciwny pas jazdy, bryza znad oceanu zalepia szyby w kaskach, jest zimno ale nam to wszystko kompletnie nie przeszkadza. Trasa prowadzi tuż nad oceanem drogę więc urozmaicają nam wspaniałe widoki -  niesamowite klify, piękne zatoki i fale rozbijające się o brzeg.
Droga jest prosta i płaska możemy więc jechać ile fabryka dała, a że w przypadku naszych motocykli dała niewiele, trzymamy stałą prędkość na poziomie ok. 110km/h. Jadąc w takim tempie mamy czas by rozglądać się dookoła i nie walczyć o życie z silnymi podmuchami.   










Monotonię drogi urozmaicają nam posterunki żandarmerii, im dalej jedziemy na południe tym częściej zostajemy zatrzymywani do kontroli. Na szczęście jesteśmy dobrze przygotowani do lekcji i każdy z nas ma wydrukowane około stu sztuk tzw. Fiszek. Karteczka taka zawiera wszystkie dane z paszportów oraz dane motocykla. Przekazanie karteczki mundurowemu trwa znacznie krócej niż spisanie wszystkich potrzebnych mu informacji z paszportów, dowodów rejestracyjnych i oświadczeń. Jednak bardziej ambitnym żandarmom te informacje nie wystarczały, koniecznie musieli dopisać jeszcze markę motocykla – tak więc w notatkach pojawiały się Acerbisy, Touratechy czy ‘Camping pod Brzozą’ w zależności jaka naklejka lub napis napatoczył się na zbiorniku. Nie tłumaczyliśmy a jedynie z pełną powagą potwierdzaliśmy… i jechaliśmy dalej. 


Jeden z posterunków

Świt na pustyni





Im bliżej jesteśmy granicy z Mauretanią tym bardziej krajobraz robi się pustynny. Przed nami bezkresne, kamieniste pustkowie.... Po drodze spaceruje co raz więcej wielbłądów, które przestraszone nieznanym im dźwiękiem motocyklowego silnika zrywają się do ucieczki, i tak jak wszystkie zwierzęta na świecie biegną wprost pod nasze koła. 


Wielbłądy czasami bywają również wożone

Przerwa na owoce morza


Na noclegi zatrzymywaliśmy się kiedy zaczynało zmierzchać, zjeżdżaliśmy po prostu z drogi i wbijaliśmy się około kilometra w głąb pustyni by za jakąś wydmą lub dolinką rozbić namioty. Nocowanie na dziko ma wiele plusów, jesteśmy sami z dala od ludzkich siedzib, dookoła cisza, nad nami tylko piękne afrykańskie rozgwieżdżone niebo, nie jesteśmy uzależnieni od hoteli dzięki czemu nocować możemy w każdym miejscu i o tylko nam pasującej godzinie – zupełna wolność. Za prysznic służą nam nawilżane chusteczki dla dzieci i butelka zagrzanej podczas drogi wody, na kolację mamy kupione na bazarze owoce, konserwy jeszcze z Polski i lokalny marokański chleb kobz.



Za nami Sahara Zachodnia a przed nami Mauretania i pierwsza granica. Pamiętaliśmy doskonale, że granica otwarta jest w godzinach 8-18 więc na posterunku stawiamy się kilka minut przed otwarciem. Jest tak jak we wszystkich relacjach, zamknięty szlaban, grzeczna kolejka i procedura rozłożona na kilka okienek. Przed jednym z nich spory tłumek i rządek paszportów, co kilka minut okienko się uchyla a tajemnicza ręka zabiera kolejny paszport, pozostałe paszporty są przez swoich właścicieli skrupulatnie przesuwane o jedno miejsce, nikt się nie pcha, nikt nie krzyczy, mam wrażenie jakby każdy robił to codziennie. Z Maroka wyjeżdżamy bez problemu a wszystkie formalności zajęły nam około 30 minut.   





Przed nami czterokilometrowy pas ziemi niczyjej - zaminowana granica, przez którą trzeba się przedrzeć, pozbawiony oznakowanych dróg odcinek pustyni rozpięty między posterunkiem granicznym Maroka i Mauretanii, na tyle szeroki, że nie widać zabudowań po drugiej stronie, trzeba lawirować pomiędzy rozbitymi i porzuconymi samochodami a wielkimi hałdami miałkiego piachu. Prawie każdy samochód wyznacza sobie nową trasę trzymając się jednak głównej ścieżki, zbyt dalekie odbicie w bok może skończyć się tragicznie.


Wyjeżdżamy z Maroka







Granica mauretańska wita nas chmarą, nie zawsze przyjaźnie nastawionych majfrendów i kolejną papierologią. Karnie odwiedzamy posterunek żandarmerii, celników, ubezpieczyciela i policję. Widać, że im się nie spieszy, jedna osoba odpowiedzialna jest za jedną czynność i wykonuje ją tak jakby właśnie ta była najważniejsza na świecie. Uczymy się cierpliwości i staramy nie tracić pogody ducha, przecież nam też nigdzie się akurat nie spieszy...
Na koniec zostawiamy odciski palców, uśmiechamy się do zdjęcia i jesteśmy wolni, no, prawie wolni ponieważ przed naszymi nosami zaciągnięty został łańcuch i przejazdu nie ma, okazuje się, że nie zapłaciliśmy za parking, 1 euro od motocykla za trzydzieści minut postoju na poboczu. This is Africa – hasło słyszymy tutaj po raz pierwszy a towarzyszyć będzie ma już do końca wyjazdu.

Pieczątka jest! Ubezpieczenie jest! Prawie można jechać.



Wjeżdżamy do Mauretanii, pustynnego, gorącego kraju. Na początku krajobraz niewiele się zmienia ale po kilkudziesięciu kilometrach kamienistą pustynię zastępuje piach, gdzieniegdzie pojawiają się palmy daktylowe a wydmy porasta odporna na suszę akacja. Siedliska ludzi ukryte pomiędzy wydmami sprawiają wrażenie wymarłych, kilka namiotów bez wody i prądu, stadko wychudzonych kóz i przeważnie jeden osioł służący również za środek transportu to całe życie i majątek tubylców. Nie dane jednak jest nam dokładniej poznać ten kraj, trzymamy się głównego szlaku biegnącego wzdłuż oceanu i w miarę szybko chcemy dotrzeć do Senegalu. 
Pamiętając ostrzeżenia, że Mauretania dieslem stoi wieziemy zapas paliwa jeszcze z Sahary Zachodniej, po drodze mijamy nieczynne stacje benzynowe, wyglądają tak jakby nikt nie uruchamiał ich od lat. Na szczęście, w połowie Mauretanii trafiamy na jedyną czynną stację, musimy poczekać kilka minut na uruchomienie generatora prądu i możemy tankować. Paliwa powinno wystarczyć do stolicy, nasze zbiorniki plus pięć litrów zapasu to małe tankowce – w razie czego będziemy zlewać.





Wraki samochodów są wszędzie



Droga przez Mauretanię



Czerpanie wody



Mauretańska wioska

Asfalt - zamiast żwiru muszelki

W tym samochodzie znaleźliśmy zepsutą część do Osiołka

Do Nawakszut docieramy późnym popołudniem, szukamy jedynego w stolicy kempingu by w końcu móc się umyć i wyprać kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Przez miasto prowadzi nas GPS który ma tendencję do wybierania jego zdaniem dróg ciekawszych. Dzięki niemu przejeżdżamy przez przedmieścia gdzie piękne, otoczone zielenią i kwiatami wille bogatych ludzi sąsiadują z dyktowymi i szmacianymi namiotami biedoty. Widzimy dzieciaki bawiące się w ścieku jak w strumyku i matki gotujące obiad przy krawężniku drogi, widzimy wysypiska śmieci tuż obok namiotów, widać, że powstają na zasadzie: to co nie jest na moim  podwórku nie jest już moje. Przez środek miasta prowadzi szeroka, asfaltowa ulica, wystarczyło jednak zjechać kawałek dalej by zobaczyć jak wygląda tutaj rzeczywistość.

Docieramy do kempingu który tak naprawdę okazał się skromnym hotelikiem z tarasem i ogrodem. Lokujemy się w pokojach i robimy zapisy na jedyny w całym budynku prysznic. Za nami kilka dni drogi i spanie na dziko, najwyższa pora spłukać z siebie kurz, pot i ślady przejechanych do tej pory dwóch tysięcy kilometrów. Zamawiamy ciepłą kolację i siadamy na balkonie z widokiem na ulicę by móc obserwować wszystko to co się na niej dzieje. Do tej pory droga była łatwa, prosta i gładka choć czasami przez  to nudna. Przed nami 200km dziurawej drogi do granicy w Rosso i sama ona – granica. 
O granicy w Rosso krążą różne legendy i opinie ale żadna z nich nie jest pozytywna. Według niektórych jest to jedna z najgorszych granic na świecie, ponoć przejechanie granicy rosyjskiej z kilkunastoma nie swoimi motocyklami na lawecie to pikuś w porównaniu do Rosso. Odradzano nam ją  stanowczo jednak sytuacja zmusza nas by tam właśnie pojechać. Jeszcze w Polsce złożyliśmy wnioski o wizy Senegalu online i po pewnym czasie otrzymaliśmy mailem tzw. pre-wizy, które upoważniają nas do stawienia się na granicy i dokończenia procedury. Senegal od niedawna wydaje wizy biometryczne do których każdy osobiście musi złożyć odcisk palca, można to zrobić w ambasadzie w Berlinie lub tak jak my na granicy. I właśnie tą jedyną granicą gdzie to możliwe jest Rosso.

Stacja benzynowa w Nawakszut


Z Nawakszut wyjeżdżamy jeszcze po ciemku po drodze szukając stacji gdzie moglibyśmy zatankować zwykłą benzynę i kupić wodę. Przed nami 200km do granicy. Droga robi się kiepska, dziurawa, odcinkami całkiem bez asfaltu. Jazdę utrudniają panoszące się na drogach ciężarówki które widząc nasze próby wyprzedzania zajeżdżają nam drogę. Jedna z takich sytuacji kończy się pogiętymi felgami w jednym z motocykli. Próby wyprostowania felgi kamieniem spełzły na niczym, dopiero kierowca lokalnej ciężarówki przy pomocy solidnego korbowodu opanował sytuację a widząc nasze niepewne miny skwitował to z rozbrajającym uśmiechem jednym zdaniem - This is Africa!

Przód

Tył


Korbowód




W południe szczęśliwie docieramy do Rosso, tu zaczyna się kolejny etap naszej podróży oraz wesoła i uśmiechnięta Czarna Afryka...

CDN........


podróże motocyklowe wyprawy motocyklowe

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza