poniedziałek, 17 marca 2014

Gambia, Senegal 2014 - cz. III

Jesteśmy w Gambii! 
 
Jesteśmy tak szczęśliwi z tego powodu, że nic nie jest w stanie zepsuć nam humorów. Procedury na małej granicy w pobliżu Farafenni nagle zaczynają nas bawić, ciekawskich zapraszamy bliżej, śmierdzący kibelek wydaje się być luksusem a i tak uśmiechnięta policja na nasze uśmiechy jeszcze bardziej szczerzy śnieżnobiałe zęby. Na fali radości udaje nam się namówić celniczkę do zdjęcia munduru - dopiero wtedy zgodziła się na wspólne zdjęcie. Jeszcze śmieszniej robi się kiedy jeden z celników oświadcza, że owszem, wpuszcza nas ale pieczątki maja w oddalonej o kilka kilometrów miejscowości. Niewiele myśląc Kowal wsadza zdezorientowanego celnika na miejsce pasażera w motocyklu Radka i wspólnie ruszają po niezbędne pieczątki. Podobno przy 140km na godzinę celnik nieśmiało zaczął stukać Kowala w plecy... taki mały test na odwagę gambijskiego urzędnika.
 





Granicę przekraczamy wieczorem, zatrzymujemy się w Farafenni by wymienić walutę i poszukać jakiegoś noclegu. Obie te czynności okazały się dość trudne do wykonania. Przy wymianie kasy rozbiliśmy bank, mimo, że wymienialiśmy na parę ok 100-150 euro okazało się to ponad możliwości lokalnego kantoru... kasa się skończyła ale pan obsługujący wpadł na genialny pomysł i osobom chcącym wymienić 100 euro w drobniakach oferował znacznie niższy kurs niż osobom co stówkę mieli w jednym banknocie... Próby zrozumienia tego mechanizmu spełzły na niczym więc karnie dokonaliśmy między sobą zamiany drobnych na grubą walutę i ustawiliśmy się w kolejce... Wymieniliśmy ile się dało i każdy ze swoją sporą porcją Dalasi wrócił do motocykla upchać banknoty gdzie się tylko dało.







Kasę już mamy więc czas poszukać noclegu, w miasteczku jest tylko jeden hotel z zaporowymi jak dla nas cenami. Szukamy alternatywy w postaci rozbicia namiotów na terenie jakiegoś kampusu szkolnego ale nie dostajemy zgody. Oczywiście moglibyśmy pojechać gdzieś dalej i rozbić namioty ale nie znając tego kraju wolelibyśmy pierwszą noc spędzić gdzieś w cywilizacji a dopiero drugiego dnia zobaczyć jak wygląda kwestia odbicia od drogi i przenocowania na dziko. Po dłuższych negocjacjach we wspomnianym już hotelu pozwalają nam rozbić namioty na hotelowym parkingu. Pomysł wydawał nam się świetny, mieliśmy dostęp do łazienki, kupiliśmy skrzynkę lokalnego piwa Jul Brew, zjedliśmy kolację i poznaliśmy Dama który podpowiedział nam gdzie warto pojechać i co zobaczyć. 
 
 
 
 
 
Najedzeni i napojeni ładujemy się do namiotów, ciszę przerywają śmiechy i krzyki z pobliskiej imprezy ale w żaden sposób nam to nie przeszkadza. Przełom nastąpił dopiero o północy kiedy wyłączyli w całej wiosce prąd a nasz hotel postanowił uruchomić generator... 3 metry od naszych namiotów... na nic się zdało liczenie wielbłądów i próby traktowania generatora jak monotonnej kołysanki do snu... zaspani przeprowadzamy się do ogródka, targamy rozłożone namioty, śpiwory i wszystkie najważniejsze motocyklowe graty na dziedziniec, rozkładamy się na ścieżkach pomiędzy stolikami a przejściami do pokoju i w końcu spokojnie zasypiamy. Rano budzi nas obsługa hotelu sprzątająca ogródek, nasze namioty przeszkadzają w zamiataniu, musimy się zbierać. Witaj Gambio, od dziś zaczynamy się tobą delektować...
 
 







Opuszczamy Farafenni i jedziemy w stronę Georgetown po drodze zatrzymujemy się w miejscowości Wassu gdzie stoją kamienne kręgi szacowane na VIII wiek naszej ery. Każdy kamień ma od metra do 2,5 metra wysokości i waży około 10 ton. Prawdopodobnie są to pozostałości po grobach dawnych władców. Kręgi w Wassu to jedno z czterech takich miejsc w Senegambii a drugie w Gambii. Pozostałe dwa leżą w Senegalu. Po drodze do Wassu zatrzymujemy się na chwilę w miejscu które wygląda jak przedszkole, budynków co prawda nie ma ale na ziemi siedzą w dwóch rzędach kilkuletni chłopcy i klaszcząc śpiewają monotonne piosenki. Okazuje się jednak, że to dwutygodniowe przygotowania do obrzezania. Na początku zarówno dzieciaki jak i panowie prowadzący nie byli zachwyceni naszym przybyciem, dzieci się bały a dorośli byli niepewni co do naszych zamiarów. Atmosfera po chwili się rozluźnia, dorośli podają rękę a chłopcy jakby już mniej przestraszeni chętniej pozują do zdjęć. Dla nich codzienność, dna nas coś niesamowitego. Niechętnie opuszczamy takie miejsca gdzie można obserwować codzienne rytuały mieszkańców, porozmawiać z nimi, przysiąść na chwilę z boku by chłonąć niepowtarzalną atmosferę...
 
 








Ruszamy dalej po drodze zatrzymując się przy gambijskich wioskach aż w końcu docieramy do Wassu. Przy kamiennych kręgach jest małe muzeum które przedstawia prawdopodobny sposób chowania dawnych władców. Jest tez małe stoisko z pamiątkami na którym królują kolorowe afrykańskie bransoletki, wykupujemy prawie wszystkie wiedząc, że będziemy się starali omijać miejsca turystyczne i może to być jedyna okazja by przywieźć pamiątki do kraju, świecidełka wyglądają na ręcznie robione więc nie zastanawiamy się długo. 
 
 
 
 
 
 
 

Same kamienne kręgi robią niesamowite wrażenie, krążymy pomiędzy nimi dobra godzinę. Na szczycie każdego z bloków usypany jest kopczyk z mniejszych kamyków - dzieło odwiedzających to miejsce. Tradycja mówi, że należy taki mały kamyczek podnieść z ziemi, wyszeptać do niego życzenie i położyć na szczycie kopczyka a wtedy życzenie się spełni. Każdy nas zostawił tam kawałek swoich marzeń.
 
 




Popołudniu docieramy do poleconego nam przez Dama hotelu tuż przy miasteczku Georgetown. Nie wiem czego się spodziewaliśmy ale to co zobaczyliśmy na miejscu przerosło nasze oczekiwania. Do hotelu prowadziła polna ścieżka a na jej końcu znajdowały się dwa afrykańskie domki pokryte strzechą, każdy z nich mieścił w sobie dwa pokoje i dwie maleńkie łazienki, głównym elementem wyposażenia było łózko z moskitierą i wieszak a w łazience kibelek i prysznic - czego więcej chcieć? Całość położona tuż nad rzeką Gambią w cieniu wielkiego baobabu, maleńki pomost i wiata gdzie wieczorem można napić się piwa - to wszystko ale dla nas i tak wiele. Jednoznacznie orzekliśmy, że jesteśmy w Raju. Korzystamy z tych dobrodziejstw i już po chwili czyści, pachnący i zrelaksowani krótkim odpoczynkiem w łóżku z baldachimem zaczynamy wyłazić na zewnątrz. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Przy pomoście czeka na nas łódka. Gambia to ponad 400 różnych gatunków ptaków, to hipopotamy i krokodyle, to tropikalne lasy i piaszczyste plaże... chcemy zobaczyć przynajmniej część tych rzeczy dlatego decydujemy się na czterogodzinną wycieczkę łódką. Dam uprzedza, że nie mamy 100% pewności czy zobaczymy hipopotamy ale sugeruje, że warto spróbować. My oczami wyobraźni widzieliśmy dmuchane matryce tych zwierząt wystawiane specjalnie dla płynących turystów... jakie było nasze zdziwienie kiedy zobaczyliśmy żywe i najprawdziwsze hipopotamy na świecie. Było ich trzy, dwa duże i jeden mały. Hipopotamy mimo swojego poczciwego wyglądu są jednymi z najniebezpieczniejszych zwierząt dlatego też nie podpływamy zbyt blisko, zwłaszcza, że zachodzi prawdopodobieństwo, że najmniejszy hipcio jest dzieciakiem a rodzice w każdej chwili mogą stanąć w jego obronie...
 
 
 
 
 
 
 
 
 











Wycieczka łódką pozwoliła nam na chwilę odpocząć od motocykli i rozkoszować się otaczająca nas przyrodą...
CDN...


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza