Rano budzi nas przymrozek, wydaje nam się również, że chyba
padał śnieg. Na szczęście niebieskie niebo, słońce na horyzoncie i błyszczące
złotem łagodne wzgórza pozwalają zapomnieć o nocnych temperaturach i ruszyć
dalej…
Wkurzamy się jedynie na asfalt. Jak to? Miało nie być
asfaltu a my jedziemy po nowiutkim czarnym jak smoła kobiercu rozwiniętym
pomiędzy górami. Nie tak się umawialiśmy Mongolio :)
Na szczęście asfalt tak szybko jak się pojawił tak tez znikł a z jego końca wypełzały dziesiątki biegnących w tym samym kierunku dróg…
Na szczęście asfalt tak szybko jak się pojawił tak tez znikł a z jego końca wypełzały dziesiątki biegnących w tym samym kierunku dróg…
W najbliższym miasteczku Ulgi wymieniamy pieniądze i robimy
podstawowe zakupy. Sami jeszcze nie wiemy gdzie dziś będziemy spać i jak długo
będziemy jechać.
Droga okazuje się fantastycznym szutrem poprzecinanym
strumykami. Widoki zachwycają, jest ciepło, przyjemnie. Zatrzymujemy się w
przypadkowych wioskach a raczej pojedynczych domostwach gdzieś w górach i mimo,
że ciężko nam się z tubylcami dogadać bawimy się świetnie.
Pod sam wieczór docieramy do Khovd, plan był prosty –
znaleźć tani hotelik, zmyć z siebie trzydniowy kurz i ruszyć na miasto. Guma w
jednym z motocykli pokrzyżowała plany. Do pokoi trafiliśmy umordowani i jedyne
na co się zdobyliśmy to zejście do hotelowej knajpki. Po chwili, zaskoczeni wpatrywaliśmy
się w twarz Mongoła mówiącego płynnie po polsku… ‘dzień dobry, studiowałem w
Toruniu’ powiedział i w ten oto sposób mieliśmy zapewnioną rozrywkę na dobre
dwie godziny…
Jedziemy dalej. Dziś chcemy dojechać do miejscowości Ałtaj… Plan jest ambitny, ale podbudowani wczorajszym sukcesem ruszamy pełni zapału. Dzielimy się na kilka grup i każda w swoim tempie wbija się w coraz bardziej pustynny teren. Trawę zastępuje piach i szuter a polne wyjeżdżone ślady tarka. Zatrzymują nas kolejne gumy. Jest gorąco, ale przyjemnie, dzień jest długi, więc możemy zatrzymać się w każdym ciekawym miejscu. Największe wrażenie robią na nas Owo – kamienne kopce, miejsce składania ofiar i kultu duchów usypane miejscach i strasznych i pięknych.
Jedziemy przez totalne odludzia, ale nawet tu dociera
cywilizacja. Stojąc w maleńkiej wiosce na środku kamienistej pustyni można
złapać zasięg wifi w okolicach podrzędnego baru…
Niestety nie udaje nam się dotrzeć na umówione miejsce. Rozbijamy się na pustyni, kilkanaście metrów od drogi i uruchamiamy procedurę przeciw nocnemu marznięciu…
Skoro świt pakujemy manatki i dojeżdżamy do miasta. Okazuje się, że nie tylko nas złapane po drodze gumy zatrzymały na trasie. Inni jednak podeszli do tematu bardziej ambitnie i ostatnie 100km pokonali w całkowitych ciemnościach i rozradowani cieszyli się, że w końcu coś się dzieje.
Opuszczając Ałtaj ruszamy na północ a tam samym w znów
zielone tereny. Jest czerwiec, więc stepy nie są jeszcze spalone słońcem a
wszystkiemu uroku dodają kolorowe łąki.
Na jednej z takich wysepek decydujemy się zostać na noc. Wystarczy przejechać
płytki strumyk. Ruszamy bez zastanowienia. Jeden motocykl leży, nagle kolejny…
i następny. Przyglądający się nam Mongołowie prawie płaczą ze śmiechu. O co
chodzi? Okazuje się, że kamienie pokryte glonami i mazią są tak śliskie, że ciężko
było przejść piechotą. Czekamy na resztę i obstawiamy komu się uda przejechać…
Większość wykąpana w rzece, więc imprezę czas zacząć. Zapasy mamy spore, towarzystwo również dopisało, humory świetne więc bawimy się przednio a największą atrakcją imprezy okazały się zawody w zapaśnicze Mongolia kontra Polska. Humory psuje dopiero poranek. Okazuje się, że wszystkie walające się koło namiotów drobiazgi znalazły sobie nowych właścicieli. Był to pierwszy przypadek, kiedy ktoś cokolwiek nam ukradł. Na szczęście nie zginęło nic cennego… ale niesmak pozostał.
Mijając rozwalone cysterny i uciekając przed deszczem dojeżdżamy
do miasteczka Uliastay a naszą uwagę przykuwają kolory na lokalnym boisku.
Okazuje się, że trafiliśmy na Obchody
rocznicy Oświecenia Buddy. Mimo, iż święto odbywało się na terenie zamkniętym
udało nam się wejść i choćby na pamiątkę zrobić kilka zdjęć… po chwili jednak
wycofaliśmy się bokami i ruszyliśmy dalej… nad pierwsze jezioro na trasie.
Marzył nam się
nocleg nad brzegiem jeziora i w końcu udało się to zrealizować. Gryzące muszki
co prawda nie pozwoliły rozbić się tuż przy wodzie, ale mimo to nadal było
magicznie…
Kolejnego dnia
powoli wbijamy się w góry. Na mapie wybieramy najcieńsze kreski i nimi
planujemy przejechać. Po drodze trafiamy do takich wiosek jak ta gdzie właśnie
budowano ogrodzenie wokół starej buddyjskiej świątyni. Pozwolono Martynie wbić
gwóźdź – był to nasz wkład w budowę ogrodzenia.
W jedynej knajpie w okolicy pałaszujemy ryż z baraniną sprawiedliwie dzieląc się jedzeniem. Zamówienie przerosło obsługę, ale po długim dniu nawet ta miseczka naprędce ugotowanego barana była pyszna…
Wieczorem grzejemy się przy ognisku i zasypiamy w oczekiwaniu na kolejny mongolski dzień…
cdn...
Urzekające widoki i bardzo fajna relacja. Aż się rozmarzyłam :)
OdpowiedzUsuńDziękujemy :)
UsuńPiękne miejsca :) Niestety moje "podróże" w porównaniu do waszych to rzut "beretem" od domu. Mam nadzieje, że mi też niedługo uda się zwiedzać odległe miejsca :)
OdpowiedzUsuńZyczę wytrwałości w tym co robicie :)
Sami zaczynaliśmy od szlajania się po Polsce i krajach ościennych :)
UsuńTrzymamy kciuki abyś i Ty mógł zobaczyć te wszystkie cuda :)
Pozdrawiamy!